search

Mahavishnu Orchestra: The Inner Mounting Flame

58,99 zł
Brutto
Ilość

 

Polityka prywatności

 

Zasady dostawy

 

Zasady reklamacji

Fusion Jazz
premiera polska:
01.07.1998
kontynent: Ameryka Północna
kraj: USA
opakowanie: plastikowe etui
opis:

JazzPRESS:
Ta płyta jest ze mną od zawsze. Właściwie od samego początku chciałem umieścić ją w Kanonie Jazzu. Przez prawie rok, w kolejnych tygodniach zawsze myślałem, że to może w przyszłym tygodniu, że powinienem o tej płycie napisać jakiś dłuższy tekst… Dziś nie jest ten specjalny dzień. Dłuższego tekstu nie będzie. To jest po prostu bardzo dobra płyta, jeden z najbardziej reprezentatywnych dla całego elektrycznego jazzu lat siedemdziesiątych albumów. To jest również płyta ważna dla mnie, już nie pamiętam, kiedy usłyszałem ją po raz pierwszy, ale to było z pewnością gdzieś w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych. Krótko później miałem już mój pierwszy jej egzemplarz – wydany przez wschodnioniemiecką wytwórnię Amiga. Jakość dźwięku tego wydania było wprostproporcjonalne do lgalności teog wydania, ale i tak byłem szczęśliwym posiadaczem własnego egzemplarza. Dziś mam japońskie, starannie zremasterowane wydanie cyfrowe i oryginalne tłoczenie analogowe z 1972 roku. Mam też mocno zużyte wspomniane już wydanie Amigi.
Często do tej płyty wracam. To kwintesencja fusion. To również jeden z najlepszych albumów Johna McLaughlina w całej jego niesłychanie owocnej karierze. To też jeden z nielicznych elektrycznych albumów z tego okresu, na którym niczego nie ma za dużo. Znajdziemy tu brzmienia elektroniczne, ale niezbyt wiele. Jest też pełne bluesa brzmienie gitary, odrobina skrzypiec, no i niesamowita perkusja Billy Cobhama…
„Inner Mounting Flame” to dzieło zespołowe, jeden z tych albumów, na których muzycy razem zagrali dużo więcej niż mogliby zagrać osobno. Wzajemnie się inspirowali i dodawali sobie energii.
„Inner Mounting Flame” to nie tylko jedna z najważniejszych płyt fusion, ale też jedna z pierwszych. Wcześniej był jedynie zespół Tony Williamsa Lifetime. To także początek inspiracji muzyków jazz-rockowych muzyką indyjską. Nie znajdziemy tu indyjskich melodii, ale struktury kompozycji i powtarzane przez Johna McLaughlina gitarowe riffy przypominają wielu indyjskie muzyczne mantry…
Na płycie znajdziecie też utwory zagrane w wolnych tempach na akustycznej gitarze i skrzypcach. Za tymi fragmentmi nie przepadam, ale sprawdzają się w roli muzycznych przerywników pomiędzy bardzo dynamicznymi tematami. Gitara Johna McLauglina jest tu niepowtarzalna, nikt już nigdy nie zagrał tak jak Billy Cobham, jego styl naśladowali wszyscy jazz-rockowi perkusiści. Warstwa rytmiczna zyskuje na braku zbędnych instrumentów perkusyjnych. Jan Hammer potrafi grać, a nie chce się tylko popisywać nowymi brzmieniami. A to, że lider ściąga trochę z Jimi Hendrixa? No cóż, to nie jest wstyd. W sumie z tego wszystkiego wyszedł album wybitny, choć w stosunku do tej płyty, z którą wiąże mnie wiele wspomnień z dzieciństwa nie potrafię być obiektywny.
autor: Rafał Garszczyński

artrock.pl
Zajmijmy się klasyką fusion. I spadkobiercą Jimiego Hendrixa. Przez niektórych tak właśnie nazywany był McLaughlin. Nie byłoby w tym grama przesady gdyby nie fakt, że to zupełnie inni gitarzyści. Dziki i nieokrzesany (a przez to niezwykle nieprzewidywalny) w swojej grze Hendrix, przeciwstawiony poukładanemu, ale równie wielce rozimprowizowanemu stylowi gry McLaughlina. Tak się składa że debiut Mahavishnu został okrzyknięty kontynuacją myśli Hendrixa. A „łącznikiem” miało być „Kurewskie Nasienie” Davisa. To tam właśnie miał zagrać geniusz gitary, w ostatniej chwili zastąpiony przez późniejszego gitarzystę Mahavishnu… I co by tu nie mówić – dla mnie wszystko/wszyscy związani z Wielkim Milesem są również wielcy. „Bitches Brew” było genialne. Wykraczało poza pewne granice wyznaczone przez standardy jazzowe i pomiędzy dwoma światami (rocka i jazzu) zabłysło czystym i przejrzystym światłem. Zachwycać nad tym dziełem można się w nieskończoność. Jak po takim ładunku jazzu z kręgu fusion* wygląda natomiast omawiana przeze mnie płytka?

No cóż – w zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Nieprawdopodobna szybkość gry na gitarze McLaughlina robi na pierwszy rzut ucha piorunujące wrażenie. Odwołań do stylu gry innych gitarzystów również nie brakuje. Oprócz wspomnianego wcześniej Heńka, do gry wchodzi także Robert Fripp (notabene sam silnie związany z jazzowymi wpływami, co potwierdza na wielu albumach z pierwszej działalności King Crimson). Poza kapitalnymi wariacjami typu Dawn i Noonward Race (które należy do jednego z najlepszych numerów fusion jakie słyszałem) mamy również akustyczne linie gitary w A Lotus Of Irish Streams. Dobra, nie samym McLaughlinem człowiek żyje, o czym przypomina nam początek kolejnego utworu – Vital Transformation. Billy Cobham genialnym perkusistą był i kropka. Już gdy grał z Milesem. A tutaj potwierdza tylko swoją niecodzienną technikę. I miano spadkobiercy kolejnego wielkiego – Buddy Richa – przechodzi wiadomo na kogo… Za chwilę następują trzy utwory będące miodem dla uszu słuchacza. The Dance Of Maya to właściwie mieszanka (wybuchowa!) kilku stylów. Po jazz – rockowym wstępie (mocno Crimsonowskim) zespół uznaje że nadszedł czas na… blues. Ten geniusz przejawia się jeszcze mocniej w następnym You Know, You Know który skrywa tak wiele tajemnic, że za pierwszym razem w zasadzie trudno odgadnąć czy to jeszcze jazz czy już może najwyższa forma sztuki absolutnej. To naprawdę przepiękne preludium do kolejnego, niestety ostatniego już szaleństwa na płycie – Awakening. Czy to jeszcze fusion, czy już free-jazz? Czy to jeszcze Mahavishnu, czy już Coltrane albo Coleman?

I teraz tak: album tworzy z nieznanej grupy wirtuozów jazzu. Otwiera nowe ścieżki, czasami trochę igrając ze słuchaczem. Dziś grupa podziwiana za wielki kunszt, za wyszkolenie i niesamowitą precyzję grania. Siła jakiej dostarcza taka muzyka jest naprawdę powalająca. Z pewnością jest to jeden z najlepszych albumów z kręgu fusion i jazzu lat 70. Oj jak dobrze, że McLaughlin założył własny zespół i nie podążył ścieżką muzyka studyjnego. Szkoda jednak, że w 73’ grupa rozpadła się przez inklinacje każdego z muzyków do komponowania. Jak to napisał Bob Belden: „Mahavishnu była grupą kompozytorów. Każdy członek zespołu miał swoje silne idee, tak jak nastawienie do zespołu.” Drugi skład nie odniósł już tak wielkiego sukcesu i The Inner Mounting Flame, Birds Of Fire, a także Between Nothingness and Eternity stały się zapisem niezwykle ważnego okresu w jazzie.

* co do „Bitches Brew” to istnieją podzielone zdania, czy czasem lepszą płytą Fusion Jazzu nie jest „In A Silent Way”… Ja jestem zwolennikiem obu tych arcydzieł i stawiam je bezwzględnie na równi.
autor: Michał "Skobry" Nowak

muzycy:
John McLaughlin: guitar
Rick Laird: bass
Billy Cobham: drums, percussion
Jan Hammer: keyboards, organ
Jerry Goodman: violin

utwory:
1. Meeting Of The Spirits
2. Dawn
3. The Noonward Race
4. A Lotus On Irish Streams
5. Vital Transformation
6. The Dance Of Maya
7. You Know, You Know
8. Awakening

nagrano: 1971
more info: www.columbiarecords.com

CK65523

Opis

Wydawca
Sony Bmg Music Entertainment
Artysta
Mahavishnu Orchestra
Nazwa
The Inner Mounting Flame
Instrument
guitar
Zawiera
CD
chat Komentarze (0)
Na razie nie dodano żadnej recenzji.