Kategorie

Seven Lines


  • Kod: MPI030
  • Producent: Multikulti Project (PL)
  • Wykonawca: Hera with special guest Hamid Drake
  • Nośnik: CD
  • Cena: 41,99 zł
  • Poleć produkt





Avant Jazz / Free Improvisation / Avant-Garde
premiera polska:
2013-08-08
seria wydawnicza: Improvised Music Series
kontynent: Europa
kraj: Polska
opakowanie: kartonowe etui
opis:

HERA, zespół założony w 2009 roku przez Wacława Zimpla, klarnecistę i kompozytora to dla wielu fanów kreatywnego jazzu w Polsce najważniejsza dzisiaj jazzowa formacja.
Członkowie zespołu tak opisują główną ideę, którą realizują w tym składzie: ich „głównym celem jest wejście w muzyczny trans, który przełamie bariery między sceną, a widownią i pozwoli na spontaniczną wymianę”.

Już debiutancka płyta z 2010 roku spotkała się z dużym rezonansem także poza granicami Polski, w najważniejszym dla muzyki improwizowanej internetowym medium na świecie - freejazz-stef.blogspot.com, płyta HERY została płytą miesiąca i otrzymała maksymalną * * * * * ocenę, warto dodać, że po raz pierwszy polscy muzycy otrzymali to wyróżnienie!

Kolejna płyta „Where My Complete Beloved Is”, wydana w 2011 roku trafiła do wielu corocznych podsumowań w Polsce (popupmusic.pl, jazzarium.pl) i za granicą (allaboutjazz.com, freejazz-stef.blogspot).

Trzecia płyta zespołu, która właśnie się ukazuje, to wynik niezwykłej współpracy pomiędzy członkami zespołu z amerykańskim perkusista – Hamidem Drakiem, o którym nie bez przyczyny mówi się jako o jednym z najciekawszych perkusistów, którego gra w dużej mierze opiera się wszelkim porównaniom. Sięga zarówno po środki znane z zespołów free jazzowych oraz po rytmy i instrumenty etniczne.

Hera & Hamid Drake - monumentalne i piękne przeżycie
To był jeden z najbardziej wyczekiwanych wieczorów tego festiwalu. Spotkanie Hamida Drake'a z grupą Hera przy okazji festiwalu w Lublinie pozostaje do dzisiaj wyraźnie zapisane w pamięci. Muzycy wlot złapali kontakt, tamta noc skończyła się szalonym jam w ich wykonaniu i narodził się pomysł wspólnego projektu.

Ten pomysł stał się rzeczywistością po ponad półtorarocznym oczekiwaniu właśnie w Krakowie. Niegdyś kwartet wystąpił w powiększonym o Macieja Cierlińskiego (lira korbowa) i Raphaela Rogińskiego (gitara) składzie oraz Hamidem na drugim zestawie perkusyjnym, w celu zaprezentowania nowych kompozycji będących dowodem, że Hera jest wciąż bandem rozwijającym się, szukającym nowych ścieżek, otwierającym kolejne drzwi. Hipnotyczny trans mieni się tysiącem barw, poprzez nieustanny perkusyjny puls (gęsta, rytmiczna siatka pleciona wspólnie przez Pawła i Hamida), kontrabasowy groove, dronowe dźwięki liry, wibrujące brzmienie gitary i w końcu polifoniczne melodie prowadzone przez dwa dęciaki z przodu.

A w całości w ten sposób misternie złożonej pojawia się jakiaś magia, wykraczające poza muzyczne światy (Indie, Afryka, muzyka Słowiańska i wschodnia, Alice Coltrane). To całkowite i totalne doświadczenie dźwięku, rytmu, melodii, wszechobecnej, w pełni pochłaniającej, doświadczenie obcowania z czymś niebiańskim. Czytelnicy niech zechcą wybaczyć te zachwyty, ale nie znajduje innych słów, nie znajduję żadnych słów właściwie. Monumentalne i piękne to było przeżycie.

Przeżycie wspólnoty i trudno o muzykę bardziej zespołową, w sensie wagi brzmienia niż ta, która wykonuję Hera. Czapki z głów dla Macieja Cierliński, który dokonywał na lirze korbowej rzeczy niezwykłych (gdyby Hendrix grał na lirze korbowej, być może tak właśnie by brzmiał). Po raz pierwszy też słyszałem na żywo grupę z Raphaelem i brzmienie jego gitary, wyjątkowe, ubogaca muzyczną przestrzeń wyśmienicie.

Słuchać Hery to jak zanurzyć się w rzece i dać ponieść się jej prądowi. Zachwycaj się pięknem i nieustanną zmianą krajobrazu wokół, niespodzianką ukrytą za każdym kolejnym zakrętem. A jednocześnie, przy całkowitym otwarciu na to co nadejdzie, jest w podążaniu z tym strumieniem naturalność i niezwykłe poczucie bezpieczeństwa. Podsumujmy słowami wielkiego Joe McPhee zasłyszanymi po koncercie: „Fucking amazing”.
autor: Bartosz Adamczak - jazzalchemist.blogspot.com

KKJ'2012: Hera XL + Hamid Drake
Drugi (dopiero, niestety) dzień, na którym się pojawiłem podczas Krakowskiej Jesieni Jazzowej 2012 i po raz drugi powinienem powiedzieć: nie mam o czym mówić. Chociaż stwierdzeniem bardziej prawdziwym jest: nie mam jak mówić. Głos mi odebrało. Zaniemówiłem z wrażenia. Zdaje się, że nie tylko ja. Kiedy po godzinie i czterdziestu dwu minutach pierwszego występu wyszliśmy na przerwę, popatrzyliśmy z Maciejem Karłowskim na siebie i niemal w tej samej chwili powiedzieliśmy: no i co by tu powiedzieć... nic! Dopiero po chwili udało mi się wycedzić: zostałem zauroczony tą muzyką.
I jestem do dziś.
Dzisiaj jednak, kiedy emocje już minęły, kiedy nabrałem dystansu – o ile go można nabrać – chciałbym jednak słów kilka powiedzieć w pysznym dla siebie stwierdzeniu: by nie zapomnieć. Ta muzyka musi przetrwać. I mam nadzieję, że tak się stanie. Już wiem, że przynajmniej ja nie dam Wam o niej zapomnieć. Zresztą... ktokolwiek jej choćby raz posłucha, czy będzie mógł? Mam nadzieję, że zdarzy się okazja, według bowiem wszelkich informacji koncert, a przynajmniej jego część będzie wydany na płycie.

Pierwszy listopada 2012 roku to dzień dla mnie dzień wyjątkowy. Tym razem nie za sprawą dorocznego Święta Zmarłych. Jeśli jakaś paralela się nasuwa, to tylko i wyłącznie starutkie już i na dziesiątą stronę wyświechtane: umarł król, niech żyje król. Nie wiem, jaki król umarł. Nie jest to istotne. Istotne, że Wacław Zimpel przedstawił wraz z sześcioma innymi muzykami, muzykę będącą spełnieniem najskrytszych pragnień fana muzyki improwizowanej. Muzykę cudowną, spełnioną. W zasadzie taki koncert winien kończyć dzieło. Po zaprezentowaniu takiej muzyki można już poskładać wszystkie zabawki i powiedzieć: wszystko już zostało powiedziane. Wacław ma jednak dopiero 28 lat i jest na początku swej muzycznej drogi. Aż strach pomyśleć w którą stronę i jak może swoją muzykę rozwinąć. Już teraz jest genialnym muzykiem, który potrafi stworzyć zapierające dech, muzyczne przedstawienie.

Zatem siedmiu muzyków. Sześciu, którzy tworzą zespół Hera XL oraz specjalny gość – Hamid Drake. Legenda. Jednakże, jak mi po koncercie mówił Bartek Adamczak, po koncercie Hery dwa lata temu, to Hamid dołączył do nich i grał z nimi jam. Wyjątkowy utwór trwający półtorej godziny.

Tym razem na pewno nie był to jam. Żadnej przypadkowości. Muzyka, którą Zimpel w Herze XL prezentuje, jest zaprojektowana. Składa się z fascynacji Wacława Zimpla przetworzonych w jeden, spójny projekt. Słychać w tej muzyce praktycznie całą muzykę Świata. Jest miejsce do jakichś aluzji do dawnej, słowiańskiej muzyki ludowej. Jest miejsce na muzykę hinduską, czy afrykańską. To wszystko z perspektywy doświadczeń muzyki współczesnej, jazzu, muzyki improwizowanej. Długie opowieści, z których każda ma wstęp, który praktycznie natychmiast nabiera innego kontekstu, by potem przenieść się w rejony nieskrępowanej improwizacji i by w końcu, jakimś cudem odnaleźć znów swoje źródło. Niekoniecznie to, które zostało podane na początku.

Wstyd się przyznać, ale jedyne znane mi dotychczasowe dźwięki Hery, to ich pierwszy album. Między nim, a czwartkowym koncertem są lata świetlne jednak. Już dodanie dwu instrumentów poszerzyło absolutnie uniwersum Hery. Muzyka rozpisana na nietypowy sekstet, na który składają się saksofony, klarnety, bas, perkusja, gitara i... lira korbowa powoduje, że brak jest jakichkolwiek odniesień. Przynajmniej brzmieniowych. Tak nie brzmi żaden znany mi zespół na świecie. Tak nie brzmi żadna muzyka, jakiej doświadczam od wielu, bardzo wielu już lat.

Nie chcę, by relacja ta była zbyt długa. Każde jej słowo winno zostać zastąpione dźwiękiem z pierwszolistopadowego koncertu. Niemniej jednak nie mogę nie powiedzieć choćby dwu słów o Macieju Cierlińskim. Wiem, bo to słychać od początku do końca: Hera to Wacław Zimpel. To jego projekt, jego muzyka. Poszczególni członkowie sekstetu są realizatorami projekcji Zimpla. Nie mam odniesienia do innych koncertów, do płyt, zatem nie jestem w stanie powiedzieć, co do tego pomysłu wnosi pozostała piątka. Grający na lirze korbowej Maciej Cierliński to jednak po prostu zjawisko. Nie tylko, że nie słyszałem liry korbowej w jazzie, to nawet w najśmielszych snach, nie wyobrażałem sobie, by taki instrument mógł się pojawić jako pełnoprawny uczestnik improwizowanego zespołu. Nie jedynie element kolorystyczny, ale instrument z krwi i kości, na którym muzyk – w tym przypadku Maciej Cierliński – jest w stanie zagrać nie tylko spójne z całym kontekstem brzmieniowym zespołu dźwięki, ale także stać się równoprawnym improwizatorem. Ba, jego solo w jednym z utworów było bodaj najjaśniejszym fragmentem i tak już świetnego koncertu.

Nic więcej o muzyce nie będę mówił i pisał. Wszyscy jej uczestnicy byli doskonali. I choć o każdym można byłoby pisać jeszcze sporo słów, o tym jak doskonale brzmiały dwie perkusje, jaki potrafiły nadać motor tej muzyce. O tym, że Raphael Rogiński, ze swoją nietuzinkową grą, potrafił dodać z jednej strony obcy tej muzyce ton, z drugiej jednak tak koherentny z całością. Że zarówno saksofony, jak i klarnety nadają tej muzyce odpowiedni atak. Że z takim basistą jak Ksawery Wójciński, to każdy zespół ma prawo być doskonały.... Tylko po co? Napiszę tylko o jednym – cały septet dokonał absolutnie magicznego zatrzymania czasu. Jeszcze wychodząc po nim, nie wiedziałem, czy to wieczór, noc, czy ranek następnego dnia. Wiosna, lato, jesień, zima... Wszelkie elementy, które na nasze poczucie czasu się składają, zaprzestały dla mnie istnieć. Dawno nie byłem czegoś takiego świadkiem.

Koncert miał miejsce 1 listopada 2012 r., Manggha, Kraków, w ramach Krakowskiej Jesieni Jazzowej 2012
autor: Paweł Baranowski - pavbaranov.blogspot.com

jazzarium.pl
(. . .) wszystko zaczęło się od Hery, która najkrócej ujmując rzecz zabrała nas w podróż, z której powrót do rzeczywistości był bardzo trudny. I oczywiście znakomita większość wiedziała doskonale, że Hera to jeden z najważniejszych, jeśli nie najważniejszy zespół polskiej młodej improwizowanej sceny i jego koncerty to rodzaje trasowych, w natchniony sposób wyimprowizowanych dźwiękowych spektakli, których siłę odczuwa się nie jako doznanie intelektualne, choć i tak również można podchodzić do Herowej muzyki, ale raczej jak do muzyczną modlitwę. Ale, że tak całkiem skradną gwiazdom show, nie spodziewał się nikt.

Wówczas, kiedy planowany na niecałą godzinę koncert, przedłużył się do prawie półtorej godziny, mało kto ze słuchaczy miał głowę by zastanawiać się ile w muzyce Hery inspiracji muzyką Indii, Beludżystanu, japońskiej muzyki gagaku czy innych, może mniej oczywistych, odniesień do muzyki świata. Zdarzenia działy się w nierzeczywistym czasie. Ani publiczność, ani też muzycy nie poradzili sobie z czasem, tracąc jego poczucie całkowicie. I chyba wiele nie przesadzę twierdząc, że dla wielu, mogło wcale nie być ważne ile kontynentów razem z Wacławem Zimplem, Pawłem Postaremczkiem, Raphaelem Rogińskim, Maciejem Cierlińskim, Ksawerym Wójcińskim, Pawłem Szpurą i Hamidem Drakiem przemierzaliśmy. Ważne było, aby gdziekolwiek będą nas chcieli zabrać, okazać gotowość do drogi, jakakolwiek by nie była długa, jakkolwiek kręta.

Stał się więc koncert Hery czymś znacznie więcej niż tylko doświadczeniem muzycznym, choć przecież to dźwięki klarnetów, harmonium, saksofonów, gitary, liry korbowej, kontrabasu i dwóch zestawów perkusyjnych wprawiły nas w uniesienie i całkiem zdeformowały czas. Stał się lamentem, hymnem czy jakimś szalenie ważnym, i ogromnie intensywnym, już pozamuzycznym sądzę wyznaniem wiary. Takiej sile nie było jak się oprzeć. I już nie ważne z tej perspektywy wydają się słowa Joe’go McPhee, który wychodząc zapalić, nie pamiętam papierosa czy fajkę, potrafił powiedzieć tylko „It was fucking amazing”. To rzeczywiście było fuckin amazing. Wszyscy niemal byliśmy co do tego zgodni (. . .)
autor: Maciej Karłowski

jazzalchemist.blogspot.com:
"This was for me, and possibly many others, the most awaited evening of this year's festival. Hera is possible one of the strongest units on the scene and it still evolving band, constantly in search of new and exciting. I invite you to check on the blog the review of their 2nd cd "Where My Complete Beloved Is" as well as the interview with the band's leader Waclaw Zimpel. The quartet met with Hamid Drake in Lublin a year and a half ago, the double bill evening ended in a the wonderfully groovy jam session and they immediately hit it off and the idea to work together in the future was born on the spot.
The Krakow concert is the day that this idea came to reality and the band presented a new series of compositions that show the continuous development of the musical vision. Trance, hypnotic, the music would shine with the rhythmi propulsation provided by the double drums sets behind, with the polyphonic melodies presented by the double front line, with the stead bass groove, with sharp guitar sound and the drones of hurdy gurdy.

Hera - There was something absolutely magical about the performance, complete and total experience of sound, rhythm, melody. Omnipresent, the music would take you in wholly, showing you the paradise world of universal love. I honestly lack word to describe the passionate feeling that the music gave me. Hats off especially to Maciej Cierlinski who just added an entire new universe to the band's music (also the craziest solo of the night, if Jimi Hendrix have played hurdy gurdy, that's how it would sound). It was also the first time I've heard them with Raphael Roginski and his unique sound would enhance so fabulously the constant melodious flow.
To have listened to this band was like to jump into a river, and just keep floating, keep admiring the constance of change around you, and it felt so safe and natural to meet all this with an openess of mind and heart. In the words of Joe McPhee: "fucking amazing"."
autor: Bartek Adamczak

popupmusic.pl:
Seven Lines to nagranie z ubiegłorocznego koncertu z Krakowskiej Jesieni Jazzowej, kiedy zespół – po raz pierwszy i na razie ostatni – wystąpił w rozszerzonym do septetu składzie. Po pierwszym odsłuchaniu tej płyty do dobrej oceny nastawiony byłem mocno umiarkowanie, to ewidentnie płyta wymagająca poświęconego czasu i zanurzenia w jej rytmie, a wybiórcze, powierzchowne podejście całościowe wrażenie zaciera. Właśnie rytm, obok transu, to słowo do trzeciego albumu Hery pasujące najlepiej. Podstawowy skład zespołu uzupełnili Maciej Cierliński, Raphael Rogiński i Hamid Drake, którzy odcisnęli na niej swoje szczególne piętno i bez których o takim kształcie płyty nie byłoby mowy. Nominalnym głównym bohaterem pozostaje oczywiście ten ostatni, wraz z Pawłem Szpurą stanowiący swoisty motor napędowy całego kolektywu, ale i rola pozostałych w budowaniu jej nastroju nie pozostaje w żadnym przypadku marginalna - zarówno Cierliński, tworzący barwną tkankę i spajający zespołowe poszukiwania , jak i Raphael, grający w wielu momentach oszczędnie, bez uniesień, ale i ze szczególną intensywnością. Choć rzut oka na tytuły i pochodzenie tematów, jakie są podstawą poszczególnych utworów wskazują jednoznacznie na Wschód, mniejsza o rozszyfrowywanie konkretnych kierunków, tym bardziej, że muzyka wypływa z zespołu tak naturalnie i w sposób niewymuszony, że najlepiej zwyczajnie się w niej zanurzyć, pozwolić płynąć, przeżywać i stracić kontrolę nad upływającym czasem.

Rytm i trans to składniki płyty główne, ale nie tylko one stanowią o jej wartości. Każdy z czterech obejmujących album utworów (uzupełnionych o zamykającą go miniaturkę) wiele wnosi dla różnorodności i brzmieniowego bogactwa krakowskiego koncertu. Otwierające płytę drony harmonium i melodie liry korbowej przypominają nieco otwarcie Where my complete beloved is i świetnie wprowadzają w narastającą ekspresyjność dalszej części utwóru . Dużo przestrzeni i światła oraz operowania detalami pojawia się w drugiej kompozycji, będącej interpretacją japońskiego tematu, jaki Wacław Zimpel eksplorował już na płycie z muzyką do wierszy Krystyny Miłobędzkiej. Bardzo dobre momenty przynosi kompozycja „Temples of Tibet” (z wokalizami Drake'a), szczególnie kiedy w rozkręcający się perkusyjny strumień wpada saksofon Pawła Postaremczaka. Wreszcie „Afterimages” z kapitalnym dialogiem klarnetu z saksofonem, które w połączeniu z perkusyjnym rytmem stanowią tutaj kwintesencję ekstatyczności muzyki Hery. I najlepsze fragmenty całego albumu. Jeśli i Was po pierwszym odsłuchu on nie przekonał, dajcie mu drugą szansę, zdecydowanie warto.
autor: Marcin Marchwiński
Gazeta Wyborcza:
Hera między muzyką a mistyką.

Wyobraźcie sobie następujące spotkanie ponad podziałami: zespół zakochanych w jazzie buddyjskich mnichów spotyka szamanów z perkusyjnym drygiem, a do ich wspólnych improwizacji dołącza nadworny gitarzysta jakiegoś zachodnioafrykańskiego króla. Tak brzmi nowa płyta supergrupy polskich muzyków improwizujących pod wodzą Wacława Zimpla

Już wcześniej Hera, zespół czołowego europejskiego klarnecisty Wacława Zimpla, była zjawiskiem wyjątkowym, bo inspirującym się sakralną muzyką Wschodu. Nowy, trzeci album "Seven Lines" katapultuje ten skład w jeszcze wyraziściej zarysowany własny kosmos. Nie znam zespołu, który "pradawną" muzykę świata interpretuje w jazzowym języku, trzymając się z dala od raf powierzchownej, newage'owej naiwności. Historycznym odniesieniem dla Hery mogą być wspólne nagrania liderów "uduchowionej" jazzowej awangardy z przełomu lat 60. i 70. - Alice Coltrane i Pharoah Sandersa.

Na "Seven Lines" Hera prezentuje się w rozszerzonym składzie, który czyni z niej prawdziwy dream team polskiego jazzu. Do występującego z największymi Zimpla i jego kompanów - wszechstronnego saksofonisty Pawła Postaremczaka, czujnego kontrabasisty Ksawerego Wójcińskiego i kreatywnego perkusisty Pawła Szpury - dołączyli gitarzysta Raphael Rogiński oraz Maciej Cierliński grający na lirze korbowej. Lirnik nie ogranicza się do zapewniania partnerom pulsującego, dronowego tła. Dialoguje z Rogińskim, a nawet śmiało wkracza na pierwszy plan i wycina solówki. Lira jako jazzowy instrument solowy - tego jeszcze nie grali!

Mamy więc rozmawiających ze sobą Zimpla i Postaremczaka, Rogińskiego i Cierlińskiego. Jest i trzecia para, bo partnerem Szpury jest chicagowski mistrz etnojazzowej perkusji Hamid Drake, który w jednym utworze włącza się też z modlitewną wokalizą. Transowe bębnienie Drake'a i Szpury napędza natchnioną ekipę w wyprawie przez subkontynent indyjski, Tybet, Rosję i Japonię.

Szczególne wrażenie robi udana próba zmierzenia się z tradycją gagaku, muzyki japońskiego dworu cesarskiego ("Roots of Kyoto"). Grający unisono Zimpel i Postaremczak z wprawą przywołują żurawie skowyty japońskich obojów i fletów, a Rogiński i Cierliński subtelnie nawiązują do sposobu grania na tamtejszych lutniach. Zdumiewające, że muzyka zaczerpnięta ze sztywnej, obudowanej piętrami rytuałów tradycji po zdekontekstualizowaniu i zainfekowaniu freejazzowym idiomem zaczyna brzmieć jak lament wcale nieegzotyczny. Przeszywające kilkanaście minut, zresztą niejedyne na "Seven Lines".

Moim drugim faworytem jest otwierający album "Sounds of Balochistan" ("Dźwięki Beludżystanu"), suita pełna rozbuchanych improwizacji - momentów, w których muzyce blisko już do mistyki.
autor: Jędrzej Słodkowski

polifonia.blog.polityka.pl:
Gdyby najnowszy album Hery był dziewczyną (a sama grupa ma kobiecą nazwę), mógłbym do niej uderzyć ze starym tekstem Fisza, jednym z najlepszych: „Ty jesteś mój narkotyk, lecz raczej ciężki”. Na nowej płycie zespołu Wacława Zimpla najmocniej widać to, że ten kolektyw wchodzi w trans tak jak mój wiecznie przemęczony kolega w sen – w dowolnym momencie (na Offie grali jakoś koło 15.00), w ciągu paru sekund i na dowolny przedział czasowy. Wrażenie „bycia gdzie indziej” pojawia się w muzyce tego zespołu od pierwszego taktu. I nie ustępuje do końca.
Trzeba przyznać, że w większym jeszcze stopniu niż na dotychczasowych dwóch płytach Hera wykorzystuje same brzmieniowe właściwości instrumentów – szczególnie pojawiająca się tu lira korbowa Maćka Cierlińskiego okazuje się cennym nabytkiem (może zasugerowali się podpowiedzią z recenzji Piotra Lewandowskiego?). W końcu to tradycyjna, także dla nas, maszyna do budowania dronów, a to na psychodelicznej ścieżce oręż nie do pogardzenia. Legendarny na świecie Hamid Drake (perkusja) i uznany na miejscu Raphael Rogiński (gitara) też oczywiście brzmieniowo wzbogacają podstawowy kwartet Zimpel-Postaremczak-Wójciński-Szpura. W tym składzie Hera zamienia się już w broń masowego rażenia, której siłę chyba jednak lepiej słychać na płycie (która de facto jest rejestracją koncertu z Krakowskiej Jesieni Jazzowej 2012) niż w trakcie tej popołudniówki na Off Festivalu, ale to bardziej kwestia warunków odbioru, ciszy, możliwości skupienia. Im większa dynamika, tym łatwiej się przekonać, że jeśli to arsenał, to raczej ciężki…

Muzyka zespołu w dalszym ciągu odzwierciedla rodzaj poszukiwania etnicznego transu – o niemożliwym do jednoznacznego zdefiniowania pochodzeniu geograficznym – i prób oddania jego charakteru za pomocą formacji pracującej na silniku dobrze zgranego jazzowego zespołu. Wcześniej odbierałem jako najbardziej charakterystyczny dwugłos klarnetu i saksofonu, tu jednak moją uwagę zwróciła szczególnie sekcja rytmiczna – po pierwsze, może ze względu na dość oczywiste wzmocnienie tkanki perkusyjnej, po drugie – ze względu na bardzo afrykańskie w charakterze linie kontrabasu, podkreślane dodatkowo lekkimi akcentami gitary w stylu pustynnego bluesa. Chwilami miałem wrażenie, że to ciągle trwa jam-session Zimpla i Szpury z marokańskim muzykiem Maallemem Mokhtarem Ganią (grali ostatnio), tymczasem według wszelkich dostępnych mi danych te zaskakująco lekkie przebiegi to efekt gry na kontrabasie. Więc jeśli to instrument, to raczej ciężki.

Wyrazy uznania w takim razie. Jeśli to kandydat do zestawień na koniec roku, to też raczej ciężkiego kalibru.
autor: Bartek Chaciński

www.nowamuzyka.pl - ocena: 5/5:
Zespół założył w 2009 r. Wacław Zimpel, klarnecista i kompozytor. Debiutancka płyta z 2010 r. spotkała się ze świetnym przyjęciem. Rok później wydany album „Where My Complete Beloved Is” trafił do wielu corocznych podsumowań w Polsce i za granicą.
Trzeci longplay „Seven Lines” to zapis koncertu jaki miał miejsce podczas Krakowskiej Jesieni Jazzowej w 2012 r., z gościnnym udziałem Hamida Drake’a – jednego z najwybitniejszych perkusistów sceny avant-jazzowej i muzyki improwizowanej. Jego styl grania zbudowany jest na wielu kulturach muzycznych, od wpływów afro-kubańskich, karaibskich, indyjskich, po użycie afrykańskich instrumentów perkusyjnych.
Podstawowy skład Hery (Zimpel, Postaremczak, Wójciński, Szpura) na „Seven Lines” został wzbogacony też o gitarę Raphaela Rogińskiego i lirę korbową Macieja Cierlińskiego. I to właśnie partia liry korbowej rozpoczyna ten niezwykły koncert w utworze „Sounds of Balochistan”. Następnie całość zmienia się w żywiołowy afrykańsko-marokański trans. W połowie nagrania pojawia się mistrzowskie solo na gitarze Rogińskiego, niczym jak połączenie gitary Ali Farka Touré z korą Toumani Diabaté. Kluczowe dla Hery jest osadzenie muzyki na przeróżnych rytmach i wymownych dialogach pomiędzy instrumentami dętymi. Co ważne, po każdym utworze słychać entuzjastyczne oklaski ze strony publiczności. Nie lubię, kiedy z płyt koncertowych robi się płyty studyjne. Całe szczęście na „Seven Lines” czuć w pełni atmosferę występu na żywo.
Jęczący klarnet Zimpla w duecie z krzyczącym saksofonem Pawła Postaremczaka otwierają „Roofs of Kyoto”, gdzie rozgrzana do czerwoności improwizacja przeradza się w ciszę, która zwiastuje nadejście rozmowy na dwie perkusje; w prawym kanale słyszymy Pawła Szpure, a w lewym Hamida Drake’a. Niesamowite, jakby grali razem od wielu lat. Z kolei kontrabas Ksawerego Wójcińskiego nadaje na niskich i głębokich rejestrach oraz buduje wyjątkowe napięcie.
Klimat tybetańskiej świątyni odnajdziemy w fantastycznej kompozycji „Temples of Tibet”. W tym nagraniu możemy usłyszeć jak doskonałym jest też wokalistą Drake, przygrywający sobie na instrumentach perkusyjnych. Jego głos jest naznaczony kulturą Tybetu, Indii oraz wpłyem śpiewaków gardłowych z Tuwy (m.in. Alash Ensemble). W kilka chwil zespół Hera zdołał mnie przetransportować z okolic Himalajów w sam środek rozżarzonej plemiennej gonitwy rytmów rodem z Afryki, po czym egzotyczne dźwięki klarnetu i saksofonu kołyszą z nostalgią bliską Maroka. W końcu sam już nie wiem, gdzie jestem.
Utwór „Afterimages” zaczyna się niesamowitą partią klarnetu Wacława Zimpla, inicjującą wyraźny sygnał do wspólnej gry. Raphael Rogiński doskonale uzupełnia repertuar swoją gitarą i w „Afterimages” staje się rasowym muzycznym Tuaregiem – pustynny blues przeradza się w rozimprowizowaną machinę. Muzycy z łatwością mieszają rozjuszony jazz, dodając do niego to, co najlepsze z kultury Afryki. Myślę, że dobrze wypadłby w „Afterimages” gitarzysta Bombino w duecie z Rogińskim.
Hera na sam koniec zagrała kilkuminutową miniaturę „Recalling Ring”, która jest interpretacją tradycyjnej pieśni rosyjskiej „Och da usz ty da li czo…”.
Płyta „Seven Lines” należy do tych, gdzie każda sekunda jest ważna oraz w żadnym wypadku nie da się przewidzieć tego, co się wydarzy za chwilę. Z Herą byście nie zagrali w zgadywankę pod tytułem „Jaka to melodia?”. Album „Seven Lines” pokazał kolejne oblicze tej grupy. Pokuszę się o stwierdzenie, że to najlepszy w Polsce zespół muzyków improwizujących, stojący w jednym rzędzie z wrocławskim Mikrokolektywem. Hera udowadnia, że nie zna słowa bariera, bo wciąż szuka różnych brzmień i rozwiązań. Grupa wytarła znaczenie pojęcia granicy w muzyce jazzowej. Zawsze poszerza swój podstawowy skład o niezwykłych muzyków, co jest wielkim atutem. Warto podkreślić, że to Wacław Zimpel odpowiada za aranżacje i konsekwentnie ucieka od monotematycznych wypowiedzi. Krążek „Seven Lines” to mój pewniak do zestawienia najlepszych płyt 2013 r. Zespół Hera jest jak narkotyk (czytaj muzyka) w najczystszej postaci, dawkujcie ile wlezie, paść jedynie może wasz odtwarzacz. W moim sprzęcie laser już wydaje się być na wykończeniu.
autor: Łukasz Komła

JazzPRESS, Wrzesień 2013:
Są w życiu amatora muzyki (nie tylko jazzowej/improwizowanej) koncerty, na których być nie może, pomimo że pragnie tego z całego serca, wiedząc, że to, co się na koncertowej scenie wydarzy, będzie zdarzeniem niepowtarzalnym. Jego przypuszczenia potwierdzają entuzjastyczne relacje, a smutek koi jedynie wieść o tym, że koncert został nagrany i najprawdopodobniej ujrzy światło dzienne zamknięty w płytowym krążku. Kiedy wreszcie wejdzie on w posiadanie pożądanego od wielu miesięcy albumu, a z głośników dobywa się dźwiękowy zapis owego „niepowtarzalnego zdarzenia”, nieszczęśnik ów odczuwa z jego odsłuchu niepomierną satysfakcję. Stała się ona moim udziałem po tym, jak na polskim rynku płytowym pojawiło się - wydane nakładem Multikulti - długo oczekiwane nagranie koncertu, jaki dała podczas ubiegłorocznej Krakowskiej Jesieni Jazzowej - z gościnnym udziałem Hamida Drake’a - Hera, zespół, do którego koncertów - jak do występów mało której formacji na polskiej scenie jazz/improv - pasuje określenie: „zdarzenie niepowtarzalne”. Jakkolwiek muzyka improwizowana zawsze posiada - w mniejszym bądź większym stopniu - znamiona takiej niepowtarzalności, to w jaki sposób ową niepowtarzalność wytwarzają członkowie Hery, każe ten zespół traktować jako odrębny fenomen w polskiej muzyce.
Gry Zimpla, Postaremczaka, Wójcińskiego Szpury, Cierlińskiego i Rogińskiego żadną miarą nie można opisywać w kategoriach choćby najlepiej zagranego, porywającego nawet joba, po którym muzycy w poczuciu świetnie spełnionego obowiązku schodzą ze sceny, a ukontentowani ze wszech miar słuchacze rozchodzą się do domów. Słuchając Hery ma się uczucie bycia częścią niezwykłego misterium i to nie tylko z uwagi na nierzadko sięgający do religijnych obrzędów różnych kultur korzeń tej muzyki. Muzyki, której żarliwość pozwala na wytworzenie owej niezwykłej więzi pomiędzy słuchaczami a tymi, którzy ją w danym momencie tworzą, o której wspomina w swoich wypowiedziach Wacław Zimpel.
Gdy do takiego zespołu jak Hera dołącza lelegenda freejazzowych bębnów, można zakładać, że na scenie - muzycznie - wydarzy się niemal wszystko. Odsłuch zapisu krakowskiego koncertu pozwala owo przypuszczenie przemienić w zdecydowane przekonanie.
Poszerzona o osobę Hamida Drake’a - Hera - zabiera słuchacza w oszałamiającą różnorodnością dźwięków, pełną szczerych emocji podróż przez zmieniające się jak w kalejdoskopie muzyczne mikrokosmosy, o których opowiada własnym językiem, nawiązując do etnicznych melodii z Pakistanu, japońskiej tradycji Gagaku, tybetańskich modlitw czy rosyjskich pieśni ludowych. Przemawia orientalnymi motywami, przechodzącymi w rozedrgane free („Sounds of Balochistan”), ekstatycznym groove’m („Afterimages”), przejmującymi, pełnymi dramaturgii unisonami („Roofs of Kyoto”), transowym śpiewem i grą na bębnie obręczowym Drake’a („Temples of Tibet”) czy też tematami pełnymi leniwej melancholii („Recalling Russia”).
Przemawia tak autentycznie i dobitnie, że trudno mi uwierzyć, by ktokolwiek w Polsce zdołał w tym roku wydać płytę, która zrobi na mnie większe wrażenie niż ten album.

freejazz-stef.blogspot.com; 2013-09, ocena: * * * * *
"Germany’s standard work on jazz, Joachim-Ernst Berendt’s and Günther Huesmann‘s “The Jazz Book”, claims that in the last 20 years jazz has become world music, a hybrid. Of course, jazz actually has always been world music since New Orleans was a cultural melting pot of nationalities, races and cultures, but in times of migration and globalization jazz has indeed established as the improvised music between the cultures more than ever before. Today, in our interlinked world, music of the most various, overlapping, different, even competing styles has been colliding. Moreover, you don’t even have to be from – say – India to play ragas, you can find great – in this case – raga musicians almost everywhere (especially in the big cities). And many of these musicians speak of themselves as members of the jazz community.

An excellent example of this theory is Hera, a Polish band consisting of Wacław Zimpel (clarinet, bass clarinet, harmonium), Paweł Postaremczak (soprano and tenor saxes, harmonium), Ksawery Wójciński (double bass) and Paweł Szpura (drums). They have always been one of this blog’s favorites, Stef has rightfully talked of their debut album and “Where my Complete Beloved is” in glowing terms. But while these albums, which were recorded with a completely different line-up, are either clearly in the Coltrane tradition or knee-deep in Zydeco (or both), Zimpel and his collaborators try the big strike with this release, which is why the band has expanded and is now augmented with Rafael Rogiński (guitar), Maciej Cierliński (hurdy-gurdy) and American master percussionist Hamid Drake.

“Seven Lines” includes Polish folk songs and Jewish klezmer (something you might expect when you see Zimpel and Rogiński in the line-up) but also music from the Far East, Sufi chants, blues sprinkles, African funk or free jazz elements.

Especially the harmonium and Maciej Cierliński’s hurdy-gurdy provide for a very oriental mood in “Sounds of Balochistan” before a repetitive blues riff comes up so that the reeds can kick off melancholic lines and the guitar can add shredded intersperses. Even here they have got you, from the very beginning the music develops a vibrating, vortex-like quality, it overwhelms the senses with an almost psychedelic force. The rhythmic propulsion provided by the double drums reinforces the trance-like, hypnotic character of the tracks, there are so many magical moments in this music, it is an omnipresent experience of sound, rhythm, atmosphere and melody, it takes you by the hand and leads you to a musical Garden of Eden. Just listen to the mourning interplay of the reeds at the beginning of “Roofs of Kyoto”, the meditative spirituality of Drake’s voice in combination with the drums and the harmonium in “Temples of Tibet” or the funk groove outro of “Afterimages” which can match with Drake’s Wels quartet (with Brötzmann, Gania and Laswell) on “Long Story Short”. 2013 has been a very good year for the music we love so much, there have been lots of brilliant albums so far. “Seven Lines” is definitely among them."
Martin Schray


Le son du grisli - Jazz, musiques expérimentales et autres
Il ne suffit pas de mélanger les essences pour faire sens. Témoin ce Seven Lines d’intérêt plus que moyen. Si l’on comprend et adhère à la quête du clarinettiste Wacław Zimpel, il faut bien reconnaître que l’échec rôde. Celui qui savait si bien s’acoquiner aux souffles forts de Ken Vandermark ne fait ici que répéter des schémas mélodramatiques, maintes fois rabâchés ailleurs.

Ainsi, telle mélopée japonaise ou telle chanson traditionnelle russe, n’a d’autre choix que le méditatif ou la transe. En figeant ainsi cette musique – tout en pensant le contraire - Hera ne doit son salut qu’à quelques surgissements bienvenus. Excluons d’emblée le duo percussif entre Paweł Szpura et Hamid Drake, très vite dressé en barricades sportives, pour retenir un saxophoniste (Paweł Postaremczak) inspiré et conquérant. C’est bien peu.
par Luc Bouquet


polskieradio.pl:
Hera – czyli: Zimpel, Postaremczak, Wójciński, Szpura, do tego gitarzysta Raphael Rogiński i grający na lirze korbowej Macieja Cierlińskiego i ich wspaniałe „Seven Lines” (wyd. Multikulti)! To dopiero wysmakowany krążek! Jest to zapis koncertu, jaki miał miejsce podczas Krakowskiej Jesieni Jazzowej w 2012 r., z gościnnym udziałem Hamida Drake’a – jednego z najwybitniejszych perkusistów sceny avant-jazzowej i muzyki improwizowanej. To właśnie jego pojawienie się na trzecim albumie Hery zrewolucjonizowało brzmienie zespołu, mało bowiem jazzowych perkusistów ma tak bogate doświadczenia w przenoszeniu na ten instrumentu tradycji innych kultury. A tu – Drake – bierze słuchacza pod ramię i oprowadza po niuansach kultury karaibskiej, indyjskiej, afro-kubańskiej i tybetańskiej. Nie zapominajmy, że cały właściwie zespół dobrze czuje się w etnicznych rytmach, które potrafi tak ponaginać, że wychodzi z tego, w połączeniu z ich improwizatorskimi umiejętnościami, nowa jakość. Nie wszystkim musi jednak taka muzyczna podróż podpasować, oskarżenia o muzyczny misz masz są jak najbardziej uzasadnione. Ciężko jednak odciąć się od tak ciekawych źródeł, nie czerpać z nich garściami, w szczególności jeśli wie się gdzie szukać i rozumieć ich znaczenie. Świetnie prezentują się dwa duety: Szpura z Drakem i Postmarczy z Zimpelem. Ci pierwsi potrafią tworzy pulsując „życie” z dźwięków wytworzonych na swoich instrumentariach, drudzy zaś „przekrzykują” się i starają się „sprowadzić do parteru”. Te muzyczne zapasy stanowią o ozdobie krążka.
autor: Mieczysław Burski

muzycy:
Wacław Zimpel: clarinet, alto clarinet, harmonium
Paweł Postaremczak: tenor & soprano saxophones, harmonium
Maciek Cierliński: hurdy-gurdy
Raphael Rogiński: guitar
Ksawery Wójciński: double bass
Paweł Szpura: drums (right channel)
Hamid Drake: drums (left channel), frame drum, vocal

utwory:
1. Sounds of Balochistan 15:45
2. Roofs of Kyoto 17:41
3. Temples of Tibet 15:01
4. Afterimages 17:32
5. Recalling Ring 3:43

total time - 69:44
wydano: 2013-08-08
nagrano: November 1st, at Manggha on Krakow Jazz Autumn 2012
more info: www.multikulti.com
more info2: www.waclawzimpel.com
Recenzje użytkowników Dodano
star star star star star mars
bez reklamiarstwa, bez nachalnej autorpromocji, bez wsparcia "narodowych instytutów prania publicznej kasy" powstało prawdziwe arcydzieło, aż nie chce się wierzyć, że na naszym kartoflisku może wyrosnąć coś takiego!
26-03-2014
star star star star star mars
bez reklamiarstwa, bez nachalnej autorpromocji, bez wsparcia "narodowych instytutów prania publicznej kasy" powstało prawdziwe arcydzieło, aż nie chce się wierzyć, że na naszym kartoflisku może wyrosnąć coś takiego!
26-03-2014
star star star star star mars
bez reklamiarstwa, bez nachalnej autorpromocji, bez wsparcia "narodowych instytutów prania publicznej kasy" powstało prawdziwe arcydzieło, aż nie chce się wierzyć, że na naszym kartoflisku może wyrosnąć coś takiego!
26-03-2014

nowości Multikulti Project:

Obrazek 1


Obrazek 1


Obrazek 1


partner wydawnictwa: