Categorías

Sol Invictus [Vinyl 2LP]


  • Código : RRIPC002LP
  • Fabricante : Ipecac (J)
  • Código del fabricante: 5050954429711
  • Precio: 76.99 zł
  • Recomendar el producto

Indie Rock/Muzyka alternatywna
premiera polska:
2015-05-18
kontynent: Ameryka Północna
kraj: USA
opakowanie: kartonowe etui
opis:

info dystrybutora:
Na półki sklepowe trafił najnowszy album Faith No More zatytułowany "Sol Invictus". Jego produkcją zajął się założyciel i basista zespołu, Bill Gould. Na płycie znalazło się 10 kompozycji.

"Myślę, że nasz nowy materiał w pełni odzwierciedla drogę, jaką przeszliśmy od nagrania naszego ostatniego albumu do obecnego momentu. Utwory są bardzo mocne, niektóre zawierają dużo "przestrzeni". Wszystko co robimy, sposób naszej gry, zawsze będzie brzmieć jak Faith No More. Po prostu czujemy się z tym dobrze" – mówi Bill Gould.

antyradio.pl, Ocena: 3/5:
18 lat. Tyle kazali czekać fanom na nowy album panowie z Faith No More. Czy nasza cierpliwość zostanie wynagrodzona?
Każdy powrót na muzyczną scenę po tak długim czasie budzi zrozumiałe emocje. Każdemu towarzyszy podekscytowanie, ale również obawa, że coś pójdzie nie tak. Można by długo wymieniać jakiego rodzaju lęki pojawiają się najczęściej wśród fanów. Jedni boją się, że ich ulubiona kapela pójdzie w komercję, inni, że zaprzepaści swój dotychczasowy dorobek. W wypadku Faith No More, zespołu opartego na muzycznych paradoksach i momentami dużej niespójności materiału zawartego na płytach, oczywiście takie obawy też się pojawiały. Pierwsze recenzje już można czytać i są z reguły entuzjastyczne. Jak się przekonacie dalej, ja idę w swej ocenie nieco pod prąd.

„Sol Invictus” zaczyna się obiecująco, od tajemniczego kawałka tytułowego, będącego zarazem wstępem do kolejnego numeru, czyli „Superhero”. To jedna z piosenek znanych już wcześniej, bo upublicznionych w formie singla. Zaczyna się od typowych dla Mike'a Pattona wrzasków - dobrze, to znak, że lider FNM będzie eksperymentował wokalnie także i na nowej płycie. I faktycznie wokal Mike'a jest jednym z najjaśniejszych punktów albumu. „Superhero” na początku agresywny, z czasem łagodnieje, a na tle gitarowej solówki Patton oddaje hołd melodii.

Wpada w ucho przypominające trochę „Crack Hitler” (melorecytacja, uderzenie gitar w refrenie) z „Angel Dust”, zatrącające nieco schizofrenicznym klimatem „Cone Of Shame”. Podobnie jest również z funkującym (gitara!) „Sunny Side Up” (choć bardziej da się w nim słyszeć echa innych projektów Pattona – Mr. Bungle oraz Peeping Tom – ale to ciągle piosenka jakiej oczekuję po Faith No More – zaskakująca i świeża).

Niestety, moim zdaniem, nie cała płyta trzyma równie wysoki poziom. Nie zrozumcie mnie opacznie – dalej jest to niezłe granie, ale... No właśnie, Faith No More to kapela, którą ciężko było pomylić z jakąkolwiek inną. „Sol Invictus” pokazuje, że w kreowaniu oryginalnego brzmienia zespół nie jest już jednym z liderów. Takie „Separation Anxiety” nie wyróżnia się niczym na tle tego, co obecnie proponują alternatywno-metalowe kapele z mniejszym stażem. Trochę zbyt banalne wydaje mi się też „Black Friday”, choć nieco rozkręca się w dalszej części utworu. Mimo wszystko nie przekonuje w nim ani linia melodyczna, ani zaproponowane zagrywki gitarowe. Generalnie problemem „Sol Invictus” wydaje się przesadna lekkość materiału, dużo mniej tu metalowego czadu, więcej klimatu i po „pattonowsku” rozumianego kabaretu jak w „Rise of the Fall”.

Paradoksalnie (choć może wcale nie?) najbardziej zostaje w głowie marszowy i sprawiający wrażenie napisanego dla żartu „Motherfucker”. Niby prosty do bólu, ale melodia z refrenu jest wręcz niewiarygodnie zaraźliwa. Biorąc poprawkę na fakt, że największym hitem z „Angel Dust” (najlepszej nie tylko w mojej opinii płycie w dorobku FNM) i chyba największym w ogóle Faith No More jest nagrany dla żartu „Easy”, to może po prostu ten zespół tak ma.

W podsumowaniu należałoby napisać coś mądrego, ale nie przychodzi mi do głowy nic ponad to, że „Sol Invictus” to płyta po prostu średnia. Na pewno nie zła, ale dająca zbyt mało argumentów na swoją obronę, żeby nazwać ją świetną. Posłuchać oczywiście można, ale do poziomu „Angel Dust” czy „The Real Thing” nie udało się tym razem chłopakom doszlusować.
autor: Dominik Zawadzki


spin.com:
Mike Patton retains his cult for making a 25-year career of Doing Whatever He Wants, less in the Tom Waits model than a more slovenly one: He’s like a hometown school friend whom you can’t believe is still pressing CD-Rs. The crucial difference is obviously that the garage band who used to play at parties didn’t have a 1990 MTV megahit as Faith No More did with “Epic”; the guy whose parents went out of town didn’t commission a 30-piece orchestra to record an all-covers album of Italian pop songs. The breadth of his (lack of) taste is impressive — in Mr. Bungle he’d tackle lounge jazz, carnival calliope, and Zappa-style fusion-metal all in the span of one song. And even before he joined Faith No More in 1989, they were early adopters of hip-hop — 1985’s bizarro fusion “We Care a Lot” wasn’t just ahead of rap-metal’s time, it even beat regular-metal landmarks Master of Puppets and Reign in Blood to existing. And Patton was able and willing to snare Norah Jones for his 2006 one-off album as Peeping Tom. Admired by many, canonized by few, Patton’s usually good for a title or two: take “Jizzlobber” (that one’s from his best album, circa 1992) or “Cone of Shame” (from 2015’s Sol Invictus, keep reading) for two amusements of the English language you’re far more likely to remember than the songs attached to them.

There’s the rub: Faith No More’s first album in 18 years doesn’t especially provoke, offend, entrance, seduce, annoy. No skull-searing riffs, no particularly snaring turns of phrase, certainly no hooks — who do you think they are, Jane’s Addiction? Good musicianship is required for the hairpin turns of genre-into-genre, but there isn’t even good whiplash here. You’re better off with Patton’s four-song EP fronting the Dillinger Escape Plan, a fellow band of art-horror volume terrorists who at least helped push his extreme-circus-metal tendencies off a cliff.

Worse, it may send you on a trip down memory lane to recall what these guys did in the first place: slapping lots of bass and pounding lots of garish synth pads and whining lots of Patton’s bizarre whine on The Real Thing, over a funky crunch that we would come to recognize as the signature of clomping nü-metal down the road, fine-tuned into a zigzagging delight on 1992’s Angel Dust, the band’s token good album that has since been mythologized into a cult classic. Released in 1995, the more aerodynamic King for a Day…Fool for a Lifetime added a few post-punk riffs (“Get Out,” “The Gentle Art of Making Enemies”) to a more streamlined version of the sound that Incubus would soon take to the headlining stadium slot that Faith No More only encircled, but 1997’s rote Album of the Year was released after Bottum had already begun a much more artistically rewarding tenure in Imperial Teen (whose first four albums are all minor masterpieces of LGBTQ-themed chewing-gum pop), and thus began a hiatus that seemingly let the quintet all pursue the music they truly wanted to make without colliding into each other.

And here we are, two decades on with Sol Invictus (“unconquered sun” in Latin) continuing a sound that had no real beginning or end in the first place; Mr. Bungle sampled from David Lynch movies, and were thusly compared to the musical equivalent of those films. Mostly everything Patton touches turns out that way, utilizing a device that one sorely missed Goosebumps blog unfavorably referred to (in reference to R.L. Stine books, of course) as “Let’s just line up crazy things in a row from the beginning to the end.”

But Patton’s already trodden down his every edge to the point of blunt smoothness. Having already excised most of his weirdest impulses in Fantômas, Tomahawk, and dozens of side ventures and collaborations (notably with his fitful jazz counterpart John Zorn), without any interest in returning to the harmonically rich nuances and applicable jokes of Angel Dust, Patton now occupies the worst kind of middle ground. The funniest “hook” here is the threatening command to “Get the motherfucker on the phone,” (from “Motherfucker,” of course, an illustration of their creative downgrade from “Jizzlobber”) and it’s quickly relegated to a backing vocal that Patton lays a much dumber, mock-operatic chorus over. Other bits that stick out of the sludge — the inconsequential intro “I’ll be your leprechaun,” the continued exhortation “Leader of men / Get back in your cage” — struggle for a compelling reason to be.

“It’s it / What is it?” FNM once demanded on their best-known song. We’re supposed to admire the fact that 30 years after their debut album, they haven’t moved an inch closer to definability. But with weirder, funnier, more skillful, even pleasurable bands bearing Faith No More’s influence having cropped up since, the question of “What is it?” comes with a sadder follow-up: “Who is it for?”
By Dan Weiss - May 21, 2015

utwory:
1. Sol Invictus
2. Superhero
3. Sunny Side Up
4. Separation Anxiety
5. Cone of Shame
6. Rise Of The Fall
7. Black Friday
8. Motherfucker
9. Matador
10. From The Dead

more info: www.ipecac.com
Melassa
31.99 zł
12 Groszy
31.99 zł
Tata Kazika 2
31.99 zł
Strawberry Jam
65.99 zł

Obrazek 1

Obrazek 1


Obrazek 1


Obrazek 1


partner wydawnictwa: