Categories

Pillar Without Mercy


  • Code: TZ8179
  • Manufacturer: Tzadik (USA)
  • Manufacturer's code: 0702397817925
  • Price: 66.99 zł
  • Tell a friend

Player


Jewish / Ethno Jazz / Avant-Garde
premiera polska:
2013-11-22
seria wydawnicza: Radical Jewish Culture
kontynent: Ameryka Północna
kraj: USA
opakowanie: plastikowe etui
opis:

esensja.stopklatka.pl:
Johnowi Zornowi, właścicielowi Tzadik Records i słynnemu multiinstrumentaliście z kręgów jazzowych, nigdy nie brakowało wyobraźni. Przejawia się to także w tym, że pod skrzydła swojej wytwórni często bierze artystów o wielkim zamiłowaniu do eksperymentów. Świetnym tego przykładem jest amerykański zespół Deveykus, którego debiutancki album „Pillar Without Mercy” zawiera szaloną mieszankę doom metalu, free jazzu i muzyki klezmerskiej. Trudno wyobrazić sobie dziwniejsze połączenie!
(. . .)
Materiał, który trafił na „Pillar Without Mercy”, dość długo czekał na publikację, ponieważ nagrany został pomiędzy lutym a sierpniem ubiegłego roku. Najważniejsze jednak, że ostatecznie ujrzał światło dzienne. Płyta zawiera sześć (trwających, bez kilku minut, godzinę) kompozycji – długich i majestatycznych, nastrojowych i hipnotycznych, niewyobrażalnie wprost smutnych i obezwładniających. Jak na doom metal z prawdziwego zdarzenia przystało! Bo to właśnie ten styl stanowi punkt wyjścia do wszystkich poszukiwań muzycznych formacji. W dokonaniach Deveykus można więc dostrzec inspiracje klasyką tego gatunku (vide Candlemass, Trouble, Cathedral czy Solitude Aeturnus), chociaż Amerykanom mimo wszystko bliżej jest do jego bardziej eksperymentalnego oblicza. Blacksberg & Co. nie stronią bowiem od nawiązań do ambientu i drone metalu, hołdują też dźwiękowemu minimalizmowi. To wszystko zbliża ich ku takim formacjom jak Earth Dylana Carlsona czy Sunn O))) Stephena O’Malleya. By jednak mieć w miarę pełny obraz tego, co funduje swoim słuchaczom Deveykus, należy jeszcze ów drone doom podrasować free jazzem i muzyką folkową, w tym konkretnym przypadku o proweniencji chasydzkiej.

Otwierająca album kompozycja „Wordless Ecstasy” zaczyna się od potężnie brzmiącej sekcji rytmicznej, której na planie pierwszym partneruje puzon, natomiast z dalekiego tła docierają dźwięki gitary. I tak jest przez prawie dziewięć minut. Choć w utworze tym nie dzieje się wiele, robi on ogromne wrażenie – przede wszystkim swym bezbrzeżnie smutnym klimatem. To muzyka, która idealnie pasowałaby jako ilustracja do sceny filmowego pogrzebu. Jeśli oczywiście reżyser nie uznałby, że jest zanadto dołująca. „Contraction of Infinite Light”, chociaż jest równie długie, ma trochę inny charakter – brzmi nieco lżej, co może być skutkiem bardziej wyeksponowanej gitary. Poza tym też puzon pojawia się nieco później i po raz pierwszy serwuje słuchaczom konkretną, mimo że spowolnioną do granic wytrzymałości, melodię. Kontrast dla niej stanowią dwie biegnące w tle ścieżki gitarowe – Millevoi odpowiada za minimalistyczne sprzężenia, Fruchter natomiast za brzmienia akustyczne. W dalszej części pojawia się też solówka Millevoia. Niech jednak nikt nie oczekuje partii w stylu Joe Satrianiego czy Steve’a Morse’a, muzykowi Deveykus nie zależy bowiem ani na zgrabnej melodyjce, ani na udowodnieniu własnego kunsztu, lecz na stworzeniu ściany dźwięku, przez którą ostatecznie przebije się nieśmiertelny puzon Blacksberga.

„Vision of the Chariot” zaczyna się od grających tę samą melodię gitary i puzonu. Oba instrumenty brzmią potężnie; najpierw prowadzą ze sobą dialog, potem ich drogi się rozchodzą, puzon zostaje potraktowany jako instrument rytmiczny, gitara natomiast wybija się na plan pierwszy, by po raz kolejny uraczyć słuchaczy solówką – tym razem dużo bardziej, choć jeszcze nie całkiem, klasyczną. Najbardziej zapadającym w pamięć fragmentem płyty jest „In the Left Hand Lies the Great Fire” – głównie dlatego, że lider stawia tym razem przede wszystkim na wyeksponowanie pięknej, pełnej melancholii melodii ludowej. Sekcja rytmiczna wciąż jednak dba o odpowiedni majestat utworu, a gitarzyści w tym czasie bezlitośnie świdrują uszy przenikliwymi dźwiękami. Szczęśliwie nad wszystkim króluje podniosły puzon; w finale Blacksberg gra zaś solówkę, którą, gdyby to była trąbka lub saksofon, spokojnie mógłby wykorzystać w jednej ze swoich produkcji freejazzowych. W części pierwszej „Four Worlds of Creation” zespół odbywa podróż do krainy ambientu i noise’u. Praktycznie przez połowę liczącego sobie ponad jedenaście minut utworu słychać jedynie sprzężenia gitar i basu; bardzo późno z tej dźwiękowej kakofonii wyłania się jakakolwiek melodia. Ale i tak na krótko. Początek części drugiej zaskakuje z kolei psychodeliczną, mocno kwasową gitarą; za element nietypowy należy też uznać solówkę na perkusji – widać koledzy zlitowali się nad Elim Litwinem i postanowili także jemu dać „pięć minut” (w rzeczywistości trochę mniej) na udowodnienie, że umiejętności ma nieprzeciętne. Później następuje powrót do tego, co dominowało w utworze wcześniejszym, z tą różnicą, że teraz zgodnie pogrążają słuchaczy w chaosie puzonista, gitarzyści i basista. Aż wszystkich godzi… cisza. Która zapada na początku ósmej minuty utworu. Od tej pory do samego końca wybrzmiewają już tylko, dobiegające zrazu z bardzo dalekiego, potem nieco bliższego planu, przeróżne dziwne dźwięki.

Można się zastanawiać, dlaczego członkowie zespołu Deveykus wybrali właśnie doom metal jako, ich zdaniem, najlepszy środek służący do propagowania muzyki klezmerskiej. Odpowiedź, wbrew pozorom, nie jest jednak wcale taka trudna. Jej funeralny charakter wpisuje się bowiem w historię narodu żydowskiego, a zwłaszcza jego odłamu chasydzkiego – z jego mistycyzmem i mesjanizmem, z zamiłowaniem do kabały. Świat bogobojnych chasydów – tak licznych w Polsce jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym, z niezwykłą przenikliwością wielokrotnie portretowanych w powieściach braci Singerów, Israela Joszuy („Josie Kałb”, 1932) oraz Isaaka Bashevisa („Szatan w Goraju”, 1935; „Urząd mojego ojca”, 1966) – już przecież nie istnieje, został pogrzebany wraz z drugą wojną światową. Wisi więc nad nimi swoiste piętno śmierci – okrutnej, choć niezasłużonej. Dostojność muzyki Deveykus wydaje się tym samym pod wieloma względami idealnym dla nich hołdem.
autor: Sebastian Chosiński


Editor's info:
Dan Blacksberg is the mastermind behind Electric Simcha, and his newest project is an ecstatic trip through the world of Hasidic nigunim as seen through the intense lens of Doom Metal. Inspired by bands such as Earth, and Sunn O))), the music on this album presents classic Spiritual Melodies out of the Hasidic tradition in re-composed and re-arranged versions aimed at a heavy rock sound. Featuring the leader on trombone, with Nick Millevoi and Yoshie Fruchter on guitars, Johnny Deblase on bass, and Eli Litwin on drums, this is music that blends the spiritual fire of Hasidic melodies with Albert Ayler and Dark Metal. Fabulous!

muzycy:
Yoshie Fruchter: Guitars
Dan Blacksberg: Trombone
Johnny DeBlase: Bass
Eli Litwin: Drums
Nick Millevoi: Guitars

utwory:
1. Wordless Ecstasy
2. Contraction of Infinite Light
3. Vision of the Chariot
4. In the Left Hand Lies the Great Fire
5. 1
6. 2

wydano: 2013-06-18
more info: www.tzadik.com

Obrazek 1

Obrazek 1


Obrazek 1


Obrazek 1


partner wydawnictwa: