Categories

Failing Songs


  • Code: IDACD037
  • Manufacturer: Ici D'ailleurs
  • Price: 54.99 zł
  • Tell a friend

Indie Pop / Avant Pop / Muzyka alternatywna
premiera polska:
2006-10-16
kontynent: Europa
kraj: Anglia
opakowanie: plastikowe etui
opis:

multikulti.com
"Failing songs" to druga część czterotomowej opowieści onirycznych pieśni Matta Elliotta.
Matt Elliott nie przez przypadek bywa porównywany do Toma Waitsa, Nicka Cave'a czy Davida Sylviana. Po ośmiu albumach publikowanych głównie pod nazwą Third Eye Foundation (wydawanych przez brytyjski label Domino) Matt Eliott przeprowadził się do Francji i rozpoczął współpracę z nową wytwórnią Ici d'ailleurs.
Radykalnie zmienił brzmienie swoich nagrań. I tak jak to było z Third Eye Foundation ponownie odniósł sukces.
O wszystkich czterech płytach pisano z zachwytem po obu stronach Oceanu. Elliott został okrzyknięty mistrzem depresyjnej, z lekka psychodelicznej ballady rockowej. Płyty z tego cyklu trafiały na szczyty list-podsumowań najlepszych płyt roku wielu opiniotwórczych mediów muzycznych na całym świecie.
Teraz wydane zostały na tradycyjnym winylowym nośniku, wysmakowana szata graficzna, z której słynie Matt Elliot, w dużym formacie robi jeszcze większe wrażenie.
autor: Krzysztof Szamot

Aktivist; ocena: ocena A! A! A! A!
recenzja płyty 'Failing songs'
W latach 90. Matt Elliott jako Third Eye Foundation nadał mrocznemu, gęstemu drill'n'bassowi metafizycznej głębi i wzniosłości godnej mistrzów współczesnej, sakralnej kameralistyki. Na płytach sygnowanych własnym nazwiskiem serwuje knajpiano-ludyczne, melodramatyczne songi, które mają w sobie zarówno coś ze współczesnej freak folkowej fali, jak i z nostalgicznych wycieczek w przeszłość formacji pokroju A Hawk And A Hacksaw czy Beirut. W magiczny sposób miesza zaklęty folk, także (czy może przede wszystkim) w jego wschodnioeuropejskim wydaniu - zahaczając o klezmerskie i bałkańskie skale, tradycję artystycznej, kawiarnianej ballady noir (przejawiającą się zwłaszcza w subtelnych, z lekka wodewilowych smaczkach) oraz psychodelię. Dominują rzewne, przeżarte żałobną melancholią melodie, ale niekiedy tematy nabierają skoczności, jakby wypływały spod palców bandy podchmielonych, ulicznych grajków. Mamrocząco-zawodzące wokale i bogate aranże kreują oniryczną, chwilami iście wisielczą aurę. Brak tu pazura, neurotyczności i futurystycznego szlifu Third Eye Foundation, jednak jako balladzista Elliott zdecydowanie się broni - ten zbiór przeżartych zwątpieniem, rezygnacją, ale unikających jednoznaczności, niekiedy skłaniających się ku upiornemu surrealizmowi, pokrytych jedyną w swoim rodzaju patyną, pieśni brzmi doprawdy przejmująco.
autor: Łukasz Iwasiński


Screenagers, ocena 6/10
Moja współlokatorka jest postacią nietuzinkową. Co roku pielgrzymuje za Stasiukiem do Babadag lub innej bałkańsko-słowiańskiej Mekki, a nawet gdy tego nie robi, to co rusz mówi, że nie może odgonić od siebie myśli o winie i salami. Wieczorami popija przywiezioną z Rumunii palinkę, ucząc się do czekających ją kolokwiów. Zazwyczaj nie interesuje jej muzyka czy to popowa, czy alternatywna, bo do szczęścia wystarczą jej płyty z twórczością folkowych zespołów ze wschodu, chociaż wśród nich błąkają się też czasem przeróżne jazzowe wygibasy oraz utwory Nigela Kennedy'ego z Kroke. Jakiś czas temu podrzuciłam jej Beirut i Yeasayera - z powodzeniem. Teraz przetestowałam na niej monumentalną trylogię rozpaczy Matta Elliotta. Również z pozytywnym skutkiem.

Nigdy nie mogę zdecydować, czy lepiej, że artysta trzyma się dobrze utartego brzmienia, które wypracował sobie w pocie czoła i któremu nie można nic zarzucić, czy że eksperymentuje często z marnym skutkiem lub w sposób zupełnie niepasujący do jego wizerunku. Wiadomo; "nie obchodzi mnie co myślą inni", te sprawy, bycie więźniem konkretnej stylistyki może męczyć; z drugiej strony czasem nie powinno się zbyt drastycznie schodzić z obranej przez siebie ścieżki, bo może mieć to fatalne konsekwencje. Matt Elliott ma na swoim koncie oba te posunięcia. Od elektronicznych eksperymentów wydawanych pod szyldem Third Eye Foundation odciął się przeprowadzką do Francji, zmianą wytwórni i sygnowaniem twórczości własnym nazwiskiem. Tak rozpoczęła się jego przygoda z bałkańskim i słowiańskim folkiem, którym inspirował się, by stworzyć zbiór rzewnych elegii, potrafiących zaangażować emocjonalnie nawet największego niewrażliwca. Na tej płaszczyźnie ma niewątpliwie coś wspólnego z Talk Talk - nie znam nikogo, kto mógłby przejść obojętnie wobec przeszywającego głosu Marka Hollisa.

Po "Drinking Songs" i "Failing Songs" przyszedł czas na zamykające tryptyk "Howling Songs". Brzmieniowo płyta ta w zasadzie nie różni się niczym od poprzednich. Trzyma równy poziom, jest przepełniona pięknymi kompozycjami służącymi jako podkład do kontemplacji smutku i rozpaczy, wzrusza, przygnębia, oczarowuje minimalizmem. Moja współlokatorka twierdzi, że to nic nie szkodzi, że wszystkie te płyty są do siebie tak bardzo podobne, bo każda z nich jest na swój sposób zjawiskowa, a skoro ma być to jakiś cykl, to powinien mieć pewne punkty wspólne. Zgadzam się, ale Sufjan Stevens również nagrywa cykl, jednak "Michigan" i "Illinoise" znacznie się od siebie różnią. Zastanawiam się, czy nie cieszyłabym się bardziej, gdyby "Howling Songs" prezentowało lekką zmianę estetyki, bo to, że Matt Elliott jest diablo zdolny w tworzeniu samobójczych klimatów wszyscy już wiemy. (Przecież "Drinking Songs" to płyta, która być może znajdzie dla siebie miejsce w pierwszej pięćdziesiątce podsumowania najlepszych krążków tej dekady). Wydałby się znacznie bardziej interesujący, gdyby pokazał, że piękno jego kompozycji nie jest nieodłącznie związane z tak bardzo przygnębiającą stylistyką.

Nie chcę umniejszać wartości najnowszego wydawnictwa Elliotta, sama pałam do całej trylogii bezgraniczną miłością, szczególnie teraz, gdy na dworze zimno, ciemno, zaczynają się kolokwia, świat wydaje się zły, a na 4.fun TV leci cykl "Gdzie jest emo?". Jednak, żeby zadość uczynić w miarę obiektywnemu osądowi, muszę na bok odłożyć depresyjne nastroje, w których obecnie się pogrążam, i stwierdzić, że brnięcie wciąż w praktycznie identyczne brzmieniowo kompozycje jest błędem. Z drugiej strony błędem tak urzekającym, że życzyłabym go wielu muzykom.
autorka: Katarzyna Walas

muzycy:
Matt Elliott: All Instruments

Chris Cole: Cello On Tracks: 3, 11 & Drums On Tracks: 1 to 11
Patricia Arqüelles Martinez: Violin On Tracks: 1 to 4, 6 to 9, 11, 12
Sabine Chaouch: Additional Vocals
Aaron Dewey, Chris Cole: Additional Sound Library

utwory:
01. C. F. Bundy
02. Truying to explain
03. The guilty party
04. Whats wrong ?
05. The Kursk
06. What the fuck am I doing on this battlefield
07. A waste of blood
08. The maid we messed

wydano: 2006
nagrano: 2004
more info: www.icidailleurs.com
more info2: www.thirdeyefoundation.com

The Golden Age
54.99 zł
Album
66.99 zł
Ten Rapid
59.99 zł
Up For You & I
57.90 zł

Obrazek 1

Obrazek 1


Obrazek 1


Obrazek 1


partner wydawnictwa: